Jerzy Górzański

         Mój pierwszy kontakt z PEN Clubem miał miejsce niemal czterdzieści lat temu. W kwietniu 1976 roku.

         Pewnego dnia otrzymałem list, a raczej zawiadomienie, pod datą 5 kwietnia 1976 roku. W górnym lewym rogu widniał znak firmowy:

 

POLSKI  KLUB  LITERACKI

P.E.N.

00-91 Warszawa, Pałac Kultury i Nauki

Tel. 26-39-48

         W zawiadomieniu:

Szanowny Panie!

         Miło nam jest zawiadomić Pana, że Zarząd Polskiego PEN CLUBU jako jury fundacji Roberta Gravesa przyznał Panu w dniu 31.III.1976 – ex aequo z P. Ryszardem Krynickim tę nagrodę za rok 1975 za utwory poetyckie ogłoszone w czasopiśmie „Nowy Wyraz” i innych czasopismach literackich.

         Wysokość przypadającej Panu części nagrody wynosi zł 7.500. O terminie jej wręczenia zawiadomimy Pana w najbliższej przyszłości.

           Sekretarz Generalny                                             Prezes

         Władysław Bartoszewski                               Jan Parandowski.

         Pamiętam, że ta „najbliższa przyszłość” bardzo mi się dłużyła. A kiedy wreszcie stała się faktem, doznałem dyskretnego uczucia werbalnego paraliżu. Bo po wręczeniu nagrody, ktoś musiał coś powiedzieć. Zwróciłem się do Ryszarda, żeby coś powiedział. Ryszard odparł: „Lepiej ty coś powiedz”. A co ja miałem powiedzieć? Werbalny paraliż chwycił mnie za gardło, już nie dyskretnie, raczej bezwstydnie tamował moją mowę okolicznościową. Wtedy przyszedł mi z pomocą koncept środowiskowo-rodzinny, który ów paraliż werbalny oddalił. Powiedziałem, że moja matka, sproletaryzowana chłopka, bardzo się ucieszyła z nagrody, którą otrzymałem. Chociaż nie do końca… Bo dla niej, jeśli w gazecie nie było choćby wzmianki o mojej nagrodzie, to ona jest nieważna.

         W środowisku, z którego się wywodziła, sukces traktowano poważnie. Nagroda ma być wspólnym dobrem, jawnym i publicznie potwierdzonym.

         Nie mogła się ukazać jakaś wiadomość na temat nagrody, ponieważ współnagrodzonego Ryszarda Krynickiego nie kochała władza komunistyczna i był zapis e cenzurze w temacie nagrody im. Roberta Gravesa.

         Po wielu latach zostałem członkiem PEN CLUBU. A „najbliższa przyszłość” wydaje mi się jeszcze bliższa…

                                                                                                       (2015)

 

                   ***

Jacek Bocheński

Wypowiedź na uroczystość otwarcia 66. Międzynarodowego Kongresu P.E.N.

Warszawa, Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego. 15-20 czerwca 1999r.

Panie prezydencie Międzynarodowego P.E.N., panowie ministrowie, szanowni członkowie komitetu honorowego,  szanowni goście honorowi panie i panowie, witam serdecznie wszystkich obecnych. Pozwolą państwo, że przejdę od razu do istoty rzeczy. Mam zaszczyt otworzyć 66. Światowy Kongres Międzynarodowergo P.E.N. [Panie prezydencie Homero Aridjis, proszę objąć przewodnictwo Kongresu. Dziękuję.] Jeśli można, dodałbym jeszcze kilka słów.    

Kiedy z początkiem lat 90. Polski PEN Club wpadł na pomysł pożegnania XX wieku na światowym Kongresie PEN w Warszawie, koniec tego wieku wydawał się jeszcze odległy. Jak wiemy, nawet programy komputerowe nie przewidywały rachuby czasu dłuższej niż do roku 1999. Natomiast oczywisty wydawał się koniec epoki, w której żyła dotąd ludzkość. Tak dalece, że pewien amerykański autor o japońskim nazwisku obwieścił koniec historii. 

Dziś odnosimy inne wrażenie, poniekąd odwrotne. Koniec wieku stał się bliski i oczywisty, ale tylko w sensie kalendarzowym. Dlatego programy komputerowe trzeba będzie, niestety, na całym świecie wymienić. To jest pewne.  Poczucie końca epoki  mamy za to mniej wyraźne. Absolutna cezura historyczna okazała się złudzeniem.

Używając języka księgowych, można powiedzieć: Światu nie uda się zamknąć  swego bilansu saldem zerowym i zacząć życia od nowa. Długi XX wieku obciążą wiek XXI.

Ale jak to się stało, że 10 lat temu wpadliśmy w Polsce na ten radosny i wtedy jeszcze nie całkiem wyświechtany pomysł, żeby sprosić  poważnych ludzi i zbiorowo pożegnać XX wiek. Żeby powiedzieć mu do widzenia i basta! Ach, byliśmy po prostu w dobrym humorze.  Nie tylko my w Polsce. Świat był w dobrym humorze, choć oczywiście nie cały, raczej mniejsza, szczęśliwsza i lepiej poinformowana część ludzkości. Większa i gorzej poinformowana  część ludzkości w ogóle nie wie, że jest  ludzkością. Ta część słyszała o swojej wiosce, swojej rodzinie, swojej biedzie  i swoich wrogach.  Chciałbym poprosić europejskich członków P.E.N. , w szczególności moich polskich kolegów, by podczas 66. Swiatowego Kongresu Międzynarodowego P.E.N.  pamiętali, że taka ludzkość przeważa liczebnie na globie ziemskim pod koniec XX wieku.

Mimo wszystko, gdy przed laty po raz pierwszy pomyśleliśmy o naszym  kongresie, polscy pisarze byli,  jak powiedziałem, w dobrym humorze, świat był w dobrym humorze, i  wszyscy razem mieliśmy powody, żeby być w dobrym humorze. Polacy spostrzegli wtedy z mieszaniną radości i niedowierzania,  że wyzwolili się spod władzy Związku Radzieckiego. Swiat  spostrzegł ze zdumieniem, że zagłada atomowa, której bał się przez pół wieku, prawdopodobnie mu nie grozi.  Także większa część ludzkości, gdyby mogła być lepiej poinformowana, byłaby wtedy usłyszała, że imperium zła zostało obalone, a prawa człowieka przysługują każdemu. Stałoby to jednak  w rażącej sprzeczności z codziennym doświadczeniem miliardów ludzi.

Takie stosunki i nastroje panowały na początku lat 90.  Jednocześnie horrory pierwszej połowy wieku, jak nazizm, zwolna  blakły i odchodzily  w niepamięć. Dawne zbrodnie i cierpienia dostarczały jeszcze materiału patetycznym uroczystościom, ale coraz częściej komediom filmowym. Myślę, że kongres, który otwieramy, będzie świadom takich faktów XX wieku, jak  Holocaust, zagłada Hiroszimy, i na przykład wysadzenie w powietrze Warszawy na rozkaz Adolfa Hitlera przez jego wycofujące się wojska.  Cóż powiedzieć o rzezi Ormian podczas I Wojny Swiatowej? Przykłady historyczne można cytować niemal w nieskończoność, gdy tymczasem krzyczącą prawdą dnia  jest Kosovo.  Pisarze  słyszą, oczywiście, ten najnowszy krzyk.

Pisarze byli i będą zawsze wędrowcami między dwoma biegunami:  ludzką zbiorowością i samotną jednostką. Nikt nie powinien się upierać, ze któreś z tych zainteresowań jest lepsze od drugiego. Rzecz ciekawa: Temat mijającego albo nadchodzącego wieku poruszany był w różnych czasach przez wielu i rozumiany jako przeżycie zbiorowe raczej niż indywidualne. Dwa tysiace lat temu genialny liryk rzymski napisał jubileuszowy wiersz o stuleciu. Nic nie było wówczas większym hitem niż jego Carmen Saeculare. Fragmenty wyryte na kamieniu można do dzisiaj ogladać w Museo Nazionale na Piazza della Repubblica  w Rzymie.  Dodałbym jednak,  że, moim zdaniem, jest to najgorszy ze wszystkich wierszy Horacego.

Pisarze byli więc od niepamiętnych czasów jakby powoływani przez publiczność na świadków w sprawach, w których  nie opłaciło się im zeznawać, ponieważ korzystniej z punktu  widzenia pisarza jest ograniczać się do prywatności. Być moze na tym polega niemała część przykrego doświadczenia pisarzy i myślicieli mijającej  epoki, która wielokrotnie z bardzo istotnych powodów wymagała od nich zaangażowania, a potem ich dezawuowała. 

Rozpoczynamy debatę pożegnalna na temat  XX wieku . Jest to temat przerażająco rozległy. Otóż nie wiadomo, czy w tak szerokich ramach da się w ogóle coś rozsądnego powiedzieć. Najlepszym dowodem,  że nie, jest właśnie  moje przemówienie.

A przychodzi mi jeszcze do głowy co następuje:  Może wiek nie był tak bardzo zły? Nie ulega chyba wątpliwosci, że dokonał postępu nie tylko w technice. medycynie czy badaniach kosmosu, ale także obalił imperia,  skończył z kolonializmem, zwiększył zdecydowanie prawa kobiet  i bardziej zrównał ludzi z ludźmi, mimo przepaści  między strefami nędzy i dobrobytu, między skorumpowanymi  dyktaturami  i też skądinąd skorumpowaną demokracją. Kiedy mówię „bardziej zrównał”, mówię, oczywiście, głupstwo, które ośmieszył już Orwell, pisząc o równych i równiejszych zwierzętach.

Upierałbym się jednak, ze mimo wszystko jest coś na rzeczy z tym „większym zrównaniem” ludzi  w XX wieku. Próbą stworzenia równego statusu wszystkim ludziom był komunizm.  Próba została okupiona milionami ofiar i całkowicie zawiodła, ale też w milionach ludzi wywołała niewygasłe aspiracje do równości, których kapitalizm zaspokoić nie potrafi. Ten nierozwiązany problem jest jednym  z długów XX wieku przekazanych wiekowi XXI. Nie wiadomo, kto i jak go  jeszcze spłaci. 

Banałem będzie stwierdzenie, że technika, środki komunikacji i środki przekazu ułatwiły ludziom dostęp do kultury. W ten sposób udało się  zdemokratyzować kulturę, ale i skazać ją na klęskę w beznadziejnej konkurencji z głupim i często zbrodniczym kiczem, który zawsze można  lepiej sprzedać. Wydaje się więc, że współczesny komercjalizm jest pierwszym w dziejach skutecznym automatem  do  niszczenia kultury na skalę globalną i że to też  należy do bilansu XX wieku.

A co na to Międzynarodowy PEN ?

Pozwolą państwo, że na zakończenie raz jeszcze odwołam się do tradycji. Genialny poeta perski Nizami z XII wieku tak pisał w wierszu miłosnym:

Ach minęła moja młodość.

Byłem chłopcem w ogrodzie.

Gdy moje owoce tam dojrzewały,

pożarl je kruk.

Ale ogród jest mój. 

Leszek Kołakowski                       

Przemówienie na otwarcie  Światowego Kongresu PEN 16.6.1999

Myślę o dwóch prawdach dość banalnych, o których, jak sądzę, wszyscy wiemy.  Jedna głosi, że wolność słowa jest warunkiem niezbędnym i podstawowym wszystkich wolności obywatelskich. Kiedy  się ją odbiera, przypuszczalnie wszystkie inne również zostaną wkrótce odebrane. Według drugiej z tych prawd, wolność słowa prowadzi nieuchronnie do wolności  dla kłamstw, do oszczerstw, absurdów, propagowania nienawiści, ślepych fanatyzmów, ideologii, które niosą z sobą ludobójstwo, do potwornych nadużyć wobec  życia prywatnego innych ludzi. Innymi słowy, wiadomo, że wolność zawsze pociąga za sobą koszta, niekiedy bardzo duże, czasem wręcz przerażające.

Może się wydać dziwne, że pod koniec wieku, w którym zdarzyło się tyle potwornych nieszczęść spowodowanych  odbieraniem  wolności obywatelskich, łącznie z wolnością słowa, we wszystkich ustrojach, zarówno totalitarnych, jak i po prostu despotycznych, słyszy się coraz więcej głosów, które domagają się przywrócenia cenzury. Tym razem nie po to, żeby siać obowiązkową ideologię polityczną lub tłumić opozycję, ale po to, żeby nas chronić przed  szczególnie złośliwymi demonami naszych czasów, gloryfikacją przemocy i pornografii. Nie tylko fanatycy religijni, obskuranci czy zwolennicy dyktatur chcą cenzury, głównie w telewizji, ale często również ludzie naprawdę przywiązani do ustroju liberalnego i do modelu społeczeństwa wolnego. Podkreślają, że liberalizm zwraca się przeciwko niemu samemu, kiedy zezwalając na gloryfikację  przemocy, zachęca  młodych ludzi do przestępstw, których rozmiary i częstotliwość sprawiają, że utrzymanie praworządności staje się niemal niemożliwe, i zagrażają cywilizowanemu światu. Wierzą oni także, iż wolność dla pornografii niebezpiecznie zmienia i zawęża naszą hierarchię wartości. Uznanie rozkoszy seksualnej za dobro nadrzędne sprawiło, że tradycyjne więzy międzyludzkie wydają się bez znaczenia, dochodzi do rozpadu życia rodzinnego, a wraz z nim zanikają kanały, którymi kultura jest przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Kontrargumentem jest twierdzenie, że nikogo nie  zmusza się do korzystania z tego, co oferuje pornografia, niezależnie od jej definicji. Ta definicja może zresztą stać się  naprawdę źródłem ucisku. Przypomnijmy odpowiedź cenzora w cudownym filmie „Cinema Paradiso” - „Jest to kwestia podaży i popytu. Jeżeli jest popyt, musi również pojawić się podaż.” Jest to słaby argument, bo dobrze wiemy, że związek przyczynowy między podażą i popytem nie jest jednokierunkowy: nie tylko popyt rodzi podaż, ale bardzo często bywa na odwrót. Jest to  taka sama sytuacja jak z reklamą papierosów zabronioną albo bardzo ograniczoną w wielu państwach. Co się zaś tyczy szkód kulturalnych i moralnych spowodowanych przemocą pokazywaną na ekranach telewizyjnych i kinowych, słyszy się niekiedy, że brak dowodów na to, żeby taka przemoc rodziła, usprawiedliwiała albo gloryfikowała przemoc w rzeczywistym życiu. Nasuwa się pytanie, jakich jeszcze dowodów potrzebują filmowcy, jeżeli życie codzienne dostarcza ich zbyt mało, a różnica między fikcją a rzeczywistością w dużej mierze zaciera się w naszych umysłach.

Skoro szkodliwe skutki przemocy i pornografii nie budzą wątpliwości, a kontrargumenty są nieprzekonujące, czy mamy prawo domagać  się przywrócenia instytucji cenzury w cywilizowanym świecie ?.

Niekoniecznie, i nie tylko z tego powodu, że obowiązujące definicje prawne są tak trudne do ustalenia, ale przede wszystkim dlatego, że już teraz nie da się cenzury narzucić z przyczyn technicznych, a niebawem będzie to jeszcze trudniejsze. Można, do pewnego stopnia, poddać  w jakimś kraju cenzurze telewizję publiczną, co się nawet robi, ale wobec gigantycznej sieci, utworzonej przez setki kanałów telewizyjnych, które łatwo odbierać w każdym prawie miejscu świata, próba narzucenia zasad moralnych w telewizji i internecie wydaje się po prostu nierealna. Byłoby to jeszcze wykonalne, gdyby można było sprowadzić nasz świat do poziomu kilku despotycznych i barbarzyńskich ustrojów, komunistycznych lub islamskich, takich jak Korea Północna czy Afganistan, gdzie telewizja i kinematografia są zakazane albo zredukowane do propagandy państwowej na dziecinnym poziomie. Prawdopodobieństwo powrotu do takiego stanu rzeczy, który wymagałby unicestwienia niemal całej infrastruktury technologicznej, jest jednak niewielkie. Zmiany idą raczej w kierunku przeciwnym,. Nawet w Chinach, mimo utrzymującego się tam barbarzyńskiego ustroju, głód nowoczesności w dziedzinie techniki sprawi, że nie można będzie, taka przynajmniej jest nadzieja, uniknąć konsekwencji społecznych tych zmian. Rozpowszechnienie narzędzi informacji i komunikacji w  społeczeństwie, a następnie upadek komunizmu wymagają zapewne wielu lat, jeśli weźmiemy  pod uwagę niewielką urbanizację i zacofanie kraju, ale to się stanie. Kiedy przywódca Związku Radzieckiego zrozumiał, że modernizacja wymaga względnie swobodnego przepływu informacji, na ocalenie komunizmu było już zbyt późno. I przywódca ten zniszczył to, co chciał ocalić. Jest również rzeczą prawdopodobną, że taki sam los spotka niedługo tyranię islamu w Iranie. Być może proces modernizacji zapoczątkowany w poprzednim reżymie, wprawdzie też, ale jednak mniej tyrańskim, jak i mniej obskuranckim, zaszedł już zbyt daleko.

Tak czy owak, trudno sobie wyobrazić, żeby współczesny świat mógł się zaopatrzyć w środki techniczne umożliwiające cenzurę, która nie dopuszczałaby gloryfikacji przemocy  ani pornografii, nie naruszając jednocześnie podstawowych wolności obywatelskich. Nawet gdyby takie środki były dostępne, jest mało prawdopodobne, żeby ich zastosowanie zyskało wystarczające poparcie społeczne, jak też nie jest pewne, czy byłoby bezpiecznie je zastosować. Łatwo dostrzec konflikt wartości. Z jednej strony rzucają się w oczy szkody dla zdrowia umysłowego i moralności młodzieży i dzieci. Z drugiej strony mówi się nam, że każdy ma prawo wyboru. Czy każdy ? Nie. Małe dzieci nie mają żadnych praw z tego prostego powodu, że trudno mieć jakieś prawa, nie mogąc ich jeszcze zrozumieć. Nie wynika z tego, rzecz jasna, że dorośli mogą robić z dziećmi, co chcą: zabijać je albo maltretować, skoro mamy jasno sprecyzowane obowiązki wobec dzieci, podczas gdy one nie maja praw odpowiadających tym obowiązkom. Relacje między prawami a obowiązkami nie są symetryczne. Dzieci, wyrabiając sobie stopniowo pojęcie o życiu we wspólnocie, uzyskują również pewne prawa. Slogan „prawo wyboru”, sformułowany bez żadnych ograniczeń, jest absurdalny z powodów natury bardziej ogólnej. Mamy prawo wyboru jedynie w ramach ograniczeń narzucanych przez  prawo. Nie mam prawa wyboru we wszystkim . Jeżeli na przykład zdelegalizowano by pornografię, nie miałbym już wyboru i będąc amatorem tej sztuki, musiałbym gwałcić prawo. Trzeba tylko zadać sobie pytanie, czy takie prawo można uzasadnić. Być może, ale biorąc pod uwagę, że nie można go narzucić z powodów technicznych, lepiej go nie wprowadzać (może warto spróbować zakazać prawem szczególnie odrażającej formy pornografii, jaką jest pornografia wykorzystująca dzieci?).

Wolność słowa to dobro tak cenne i tak łatwe do roztrwonienia, że musimy się strzec  sformułowań  mówiących o nadużywaniu wolności. Można powiedzieć, iż  ktoś, kto szerzy propagandę opartą jawnie na założeniach  fałszywych i niehumanitarnych , „nadużywa wolności słowa”, ale my też jej nadużywamy przy każdym kłamstwie lub niedyskrecji, a próby  usunięcia tych „nadużyć”, rzekomo w imię „autentycznej wolności” i prawdy , oznaczają torowanie drogi strukturom totalitarnym, które  nieuchronnie propagują zadziwiające kłamstwa o prawdach  uznanych za obowiązujące. Pomyślmy o jednym: kto powiedział : „Będziemy mieli wolność, gdy tylko pozbędziemy się wrogów wolności”? Nie, to nie Saint-Juste. Nie, to nie Leon Trocki. Tak, to Adolf Hitler. Blisko brzmiące sformułowanie  Saint-Juste’a, które cieszy się zasłużoną sławą, jest też proklamacją despotyzmu rewolucyjnego.

Przy obecnym rozwoju techniki prawo jest niemal bezsilne wobec kłamstw i absurdów, poza przypadkami oszczerstw kierowanych przeciwko jednostkom, i to nie zawsze. Jestem nawet przeciwny  ściganiu przez prawo kłamstw tak wstrętnych i oburzających jak zaprzeczanie eksterminacji Żydów przez narodowych socjalistów oraz istnieniu komór gazowych (poza być może szczególnym przypadkiem, kiedy dzieje się to w Niemczech).

Przeciw absurdom, fanatyzmom, kłamliwym propagandom mamy tylko jedną broń: edukację. Niestety, procesy w kulturze, które wydają się nam tak niebezpieczne, redukowanie naszych zainteresowań do tego, co sprawia, że życie jest  zabawniejsze i obfitsze w dobra konsumpcyjne, pogarda dla wartości tradycyjnych, prawdy, bezinteresownej wiedzy, o ile nie powiększają one naszych dóbr i nie oferują rozrywek - wszystko to podważa systemy edukacyjne, które mogłyby stanowić antidotum. Mamy więc do czynienia z samo wyzwalającym się mechanizmem.

Być może, w przyszłym roku będzie się obchodzić setną rocznicę największego dzieła Edmunda Husserla „Les investigations logiques”. Sto lat temu ubolewał on nad erozją w myśli empiryczno-pragmatycznej samego pojęcia prawdy w znaczeniu właściwym dziedzictwu myśli starożytnej , a tym samym ubolewał nad zanikiem pojęcia rozumu i episteme, zwiastującym upadek cywilizacji europejskiej. W ciągu wieku postawiliśmy wielki krok naprzód, zmierzając do potwierdzenia tego proroctwa. Tradycyjne pojęcie prawdy wydaje się nam coraz bardziej zbędne, nieskuteczne i anachroniczne wobec powszechnej wiary w jednakową wartość  wszystkich punktów widzenia i wszystkich wizji świata. Ktoś, kto wierzyłby, że zaćmienie księżyca wynika ze szczególnego ustawienia przestrzennego Ziemi wobec jej satelity, mógłby reprezentować taki sam stan wiedzy, jak ktoś inny, kto twierdziłby, że zaćmienie spowodowane jest złośliwością wielkiego krokodyla, który połknął naszego niebieskiego towarzysza (ta druga interpretacja jest chyba zresztą lepsza, bo zabawniejsza).

Czy można wyobrazić sobie odwrót kultury w kierunku rewaloryzacji, przywrócenia samego pojęcia prawdy? Czy można uleczyć nasze spojrzenie na świat przywracając mu jego dawną wrażliwość? Myślę, że jest to zawsze możliwe, jeżeli znajdzie się dość ludzi, którzy będą  się starali zachować antyczne filary edukacji, umiłowanie czystej wiedzy, radość z poznania dla poznania, radość z matematyki, bo uczy nas ona tego co nazywamy dowodzeniem  twierdzeń, prawdę, bez pytania o możliwości jej praktycznego  zastosowania, historię, bo na przykładzie naszych przodków ukazuje nam naszą brzydotę i nasze piękno. Tak, myślę, że jest to możliwe, zważywszy, że krytyka naszej cywilizacji ludycznej narasta i coraz większy niepokój budzą nasze przyszłe losy: z jednej strony rozpad wspólnoty ludzkiej, a z drugiej dążenie wielkich  korporacji do podstępnej, ale jak się zdaje, nieuchronnej monopolizacji naszych poglądów na hierarchię wartości. Tak, jest to możliwe, choć wcale nie oczywiste.

Przetłumaczyła z francuskiego Maria Nelken.

16 czerwca 1999

Ryszard Kapuściński.

Wypowiedź na Światowym Kongresie P.E.N. w Warszawie

Zmiana stulecia, a także – w naszym wypadku – tysiąclecia, która nastąpi według jednych 1 stycznia 2000, a według innych – 1 stycznia 2001 roku, prawdopodobnie niw wywoła żadnych wstrząsów w przyrodzie. Niebo nie zawali się nad nami, żadna gwiazda nie spadnie i nie obróci ziemi w popiół. Znam duże obszary świata, których mieszkańcy nie zwrócą na te daty większej uwagi. Muzułmanie, a jest ich już ponad miliard, żyją – zgodnie ze swoim kalendarzem – dopiero w XIV wieku. Setki milionów wyznawców innych religii ma własne, odmienne miary obliczania czasu. To tylko w naszym chrześcijańskim, europejsko-zachodnim kręgu kulturowym osiągnęliśmy kres XX stulecia i II tysiąclecia.

A jednak, mimo że moment ten ma znaczenie tylko symboliczne, a przekonanie o jego wadze ogranicza się do naszego europejsko-zachodniego świata, wydarzenia, które dokonały się w XX wieku, mają wymiar globalny, ich zasięg bowiem i skutki objęły całą planetę.

Porównajmy choćby mapy świata z początku i z końca XX wieku. Są to dwie zupełnie różne mapy. Na pierwszej z nich świat jest podzielony na dwie wyraźne części. Pierwsza jest zaznaczona, powiedzmy kolorem różowym. Od razu widzimy, że koloru tego jest niewiele, że jest to niewielka grupa państw. Niewielka, ale najważniejsza. To grupa rządząca planetą, właściciele wewnętrznych i zamorskich kolonii, terytoriów podbitych i zależnych. Druga grupa – ogromna – zaznaczona jest, powiedzmy, kolorem żółtym. To wielkie obszary naszego globu zamieszkałe przez ludy zależne, poddane, pozbawione własnej podmiotowości politycznej i państwowej.

Jeśli po stu latach weźmiemy dziś do ręki mapę aktualną, rejestrującą stan rzeczy u końca wieku, zobaczymy, że jej kolor jest jednolity, że na naszym globie znajduje się teraz blisko dwieście przynajmniej formalnie niepodległych państw. Oto ważna ewolucja, jakiej dokonała historia w naszym stuleciu: kilka miliardów naszych sióstr i braci zostało podniesionych do godności obywateli swoich suwerennych państw. Takiego wydarzenia nie było w historii ludzkości i nigdy już więcej nie będzie.

Temu uwieńczonemu powodzeniem dążeniu do wolności i niepodległości, które opanowało ludy planety zwłaszcza od połowy XX wieku, towarzyszyły dwa procesy na skalę nigdy przedtem nie spotykaną. Pierwszym był ogromny, gorączkowy, dynamiczny pęd ludności – na wszystkich kontynentach – ze wsi do miast, rozumiany jak dążenie do poprawy, jako szansa na poprawę warunków życia. Nasza ziemia, która na początku wieku była planetą rolników – oraczy i pasterzy (stanowili oni 95% ludności), teraz jest światem zaludnionym przede wszystkim przez mieszkańców miast. Drugim procesem było przekształcenie rozproszonych, niespójnych zbiorowości, wspólnot regionalnych i innych społeczności w wielkie społeczeństwo masowe, tak później przenikliwie i trafnie opisane przez Ortegę y Gasseta, Ericha Fromma i innych.

Ukształtowanie się ludzkości w społeczeństwo masowe umożliwiło narodziny wielkich ruchów społecznych, które wstrząsnęły naszym stuleciem dwukrotnie – w formie I i II wojny światowej – i wypełniły cały nasz wiek burzliwym i niszczycielskim ciągiem rewolucji, wojen lokalnych i domowych, buntów i przewrotów.

Jednocześnie owe wykorzenione i zdezorientowane czasy, które u progu mijającego stulecia zapełniły gwałtownie scenę świata, ułatwiły przez swoją niedojrzałość i frustrację powstanie i rozwój systemów totalitarnych – nazizmu i komunizmu – największego zorganizowanego zła czasów nowożytnych, usiłującego wtłoczyć całe pokolenie swoich poddanych za druty Konzentrazionslagers i Gułagów.

Wiekiem mas  (The Age of the Masses) nazwał nasze stulecie wybitny historyk brytyjski Michael Biddiss. Kulę ziemską, na której na początku wieku mieszkało nieco ponad miliard ludzi, teraz zamieszkuje 6 miliardów. Ludzkość, która dawniej poruszała się po pustkowiach planety w małych rozproszonych grupach, nagle przemieniła się w tłumy mrowiące się na ulicach miast, stłoczone na drogach świata. To pojawił się wszędzie ów samotny tłum, tak sugestywnie opisany przez Davida Riesmana. Samotny, wykorzeniony z tradycji kultury i środowiska, poszukujący nowej wspólnoty i tożsamości. Ten tłum stał się łatwym łupem wszelkiego typu ideologów, fałszywych proroków, demagogów, populistów, dyktatorów.

Członek owego masowego społeczeństwa, szary, przeciętny, anonimowy człowiek z ulicy, jest właściwie głównym bohaterem niemal całej współczesnej literatury. To on właśnie – bohater Sinclaira i Eliota, Musila i Goytisolo – wchodzi teraz w XXI wiek. Epoka, która go zrodziła, wyposażyła go w szereg łatwo rozpoznawalnych cech. Przede wszystkim brak mu poczucia bezpieczeństwa, a chęć pozbycia się lęku jest jego wielką potrzebą i tęsknotą.

To poczucie bezpieczeństwa i siły daje wspólnota, z którą można się utożsamić, a utożsamiamy się przez wspólny język, tradycję, obyczaj. Przez przypisywanie im wyjątkowych, nadzwyczajnych cech i wartości. Od tego uznania, że inni będą chcieli ją zakwestionować lub zniszczyć. Więc do czujności wobec innych, do nieufności, podejrzliwości, w końcu –  do wrogości. Do gotowości walki na śmierć i życie. Do zemsty, do woli zniszczenia przeciwnika, jego zagłady. Takie są w skrócie etapy rodzenia się nacjonalizmu, arogancji i szowinizmu, nienawiści etnicznych, prześladowania i pogardy dla innych; nacjonalizmu, a więc jednej z tych zmór XX wieku, z którą niestety wejdziemy w wiek XXI.

W ogóle żegnamy wiek XX w przekonaniu, że chwila ta niczego nie kończy, że, przeciwnie, wiek nasz powołał do życia szereg sił, zjawisk i fenomenów, które być może będą rozwijać się w pełni dopiero w nadchodzącym stuleciu.

Gdybyśmy chcieli znaleźć jakiś wspólny mianownik dla tych wszystkich trwających wokół nas procesów, tych dokonujących się na naszych oczach transformacji i przeobrażeń, moglibyśmy powiedzieć, że w świecie współczesnym ścierają się dwa przeciwstawne nurty: tendencja do integracji naszej planety oraz tendencja do jej dezintegracji. Pojawienie się tych dwóch nurtów z taką siłą i wyrazistością właśnie w wieku XX było możliwe dzięki temu, że po pierwsze, w ostatnim stuleciu nastąpił gigantyczny postęp w dziedzinie komunikacji, który po raz pierwszy w dziejach pozwolił zawiesić takie pojęcia, jak przestrzeń i czas, umożliwiając zmniejszenie naszej planety do rozmiarów globalnej wioski , co stworzyło warunki do integracji  świata; ale jednocześnie, po drugie, niebywałe postępy techniczne i rozwój nauki ukazały narodom, że nie są same na świecie, że jest on wielokulturowy, wieloreligijny, wielorasowy. Człowiek zareagował na to odkrycie Innego – szokiem, niechęcią, nieufnością, przekonaniem, że aby ocaleć, musi się odgrodzić, odizolować, zamknąć w swojej niszy. Szok wywołany odkryciem różnorodności świata, jego zatłoczeniem i pewną niepojętością przyniósł w wielu wypadkach jego odrzucenie, dążność do zasklepiania się, do ucieczki w skansen.

W ten sposób w XX wieku zrodził się jeden z paradoksów współczesności, który zresztą będzie z pewnością określał też rzeczywistość przyszłego stulecia. Paradoks ten polega na tym, że z jednej strony komunikacja, elektronika, energia kapitału, masowość produkcji, popkultura, projekty ekologiczne, fakt panowania pokoju – działają na rzecz integracji naszego globu, gdy jednocześnie wszelkie nacjonalizmy, fundamentalizmy, integryzmy, nienawiści etniczne i szowinizmy klanowe starają się popchnąć ludność naszej planety w kierunku dezintegracji, skłócenia, wzajemnej obecności.

Jednakże głównym czynnikiem dezintegrującym naszą planetarną rodzinę człowieczą – bo znajdujemy się w okresie przechodzenie od społeczeństwa masowego do planetarnego – jest niesprawiedliwy podział dóbr między bogatych i biednych. O ile na początku XX wieku główny podział świata to podział na niezależną mniejszość i zależną większość, o ile w połowie wieku tym głównym podziałem staje się podział na narody żyjące w demokracji i te, które znalazły się we władzy dyktatur i reżimów totalitarnych, to obecnie, po okresie dekolonizacji i zakończenia zimnej wojny, linia tego podziału przebiega między tymi, którzy żyją w dostatku, a tymi, którzy skazani są na chroniczny niedostatek, a często i głód. Ta linia przebiega przez całą naszą planetę, jak również wewnątrz społeczeństwa, nawet w krajach rozwiniętych. Wystarczą dwie liczby, aby uświadomić zatrważającą ostrość i powagę problemu. Pierwsza: majątek358 światowych miliarderów przewyższa połączone blisko 3 miliardów ludzi.  Druga: długość życia ludzi w krajach Trzeciego Świata jest o połowę krótsza od życia ludzi w krajach zachodnich.

Na jednym krańcu – przytłaczający nadmiar, przeobfitość, spiętrzenie, bogactwo, nadprodukcja, potop gadżetów i błyskotek, na drugim – bieda, slumsy, puste garnczki, puste kieszenie, niedostatek, brak wszystkiego, a często głód. I żadnej szansy, żeby ten dystans skrócić, zasypać przepaść. Żegnamy wiek, w którym nastąpiło ogromne przyśpieszenie tempa życia, w którym rozwinął się kult szybkości i nowości. We współzawodnictwie między tym, co wartościowe, a tym, co nowe, bezwzględnie wygrywa nowe. Wszystko podlega przymusowej innowacji. Nowość  i innowacja – to boginie naszego czasu. Ale owo szalone tempo zdarzeń i pogoń za nowością przynoszą zalew przeciętności i żałosnego średniactwa, niwelują wszelkie hierarchie, relatywizują wszelkie wartości. Nie mamy nawet czasu, aby się nad tym zastanowić, aby przemyśleć sprawy elementarne. Tymczasem rzeczywistość  wymaga od nas stałej czujności myślenia, ciągłego poszukiwania odpowiedzi na nowe i nowe pytania, których liczba i doniosłość stale rośnie. Żegnamy dziś XX wiek, który pozostawia wszystkie podstawowe kwestie Europy  – otwarte i nie rozstrzygnięte. Gdzie przebiegają dziś jej granice? Czy Europa ma swoją tożsamość? Jak ją zdefiniować? Dziś wchodzimy w nowe stulecie, które stanowi, zwłaszcza dla Europy, trudne wyzwanie. Musi ona znaleźć nowe  miejsce i nową rolę na naszej planecie. Nie będzie to łatwe. Ludność Europy jest wiekowo najstarsza i jej proces starzenia posuwa się dalej. Procent ludności Europy w stosunku do innych kontynentów stale się zmniejsza. Ale co najważniejsze, na innych kontynentach rozkwitają i nabierają sił cywilizacje, którejuż dziś są uważane za modele przyszłości. Centrum  świata opuszcza Europę i przez Atlantyk stopniowo przesuwa się w kierunku Pacyfiku. Ale niezależnie od wszystkich przemian, wyzwań i zawirowań świata, problem kultury pozostaje zawsze ten sam, niezmienny: chodzi o to, aby ocalić człowieka z całym jego potencjalnym bogactwem wewnętrznym, pozwolić mu rozwinąć energię w kierunku dobra, zrozumienia innych i pełni człowieczeństwa.

ks. Janusz St. Pasierb

Katedra jako metafora Europy

31 maja 1993

Katedra i Europa –oba te słowa mają wspólną kołyskę i urodziły się pod tym samym niebem Grecji.

Mitologia zna kilka Europ, ale najsłynniejsza była córka Agenora i Telefassy. Z Zeusem poznała się, jak wiele współczesnych dziewcząt ze swoimi chłopcami, na plaży w Sydonie albo w Tyrze. Resztę znamy. Wykorzystując słabość, jaką wykazują damy wszystkich czasów w stosunku do małych zwierzątek domowych, Zeus przedzierzgnął się w olśniewającej białości byka z rogami w kształcie półksiężyca. Zazwyczaj mówimy  oswajaniu dzikich bestii, tu było na odwrót, bestia oswoiła piękną i gdy ta usiadła na jego grzbiecie, byk rzucił się w fale i popłynął na Kretę. Tam dokonał się ich związek, który dał życie Minosowi, Sarpedonowi i Radamantysowi. Platany – świadkowie miłości naszej brababki z ojcem bogów i ludzi, zostały wyróżnione przywilejem, że nigdy nie tracą liści. Sama Europa, jak wiemy, po śmierci doznała ubóstwienia.

Od tej strony mamy genealogię wspaniałą, choć, co tu ukrywać, nieco dwuznaczną. Zauważmy jednak, że na naszą skomplikowaną, wieloznaczną mitologiczną genesis złożyły się boskość, piękno i zezwierzęcenie; nie brakło też namiętności, podstępu, przemocy, ale była i miłość, która okazała się płodna. I miło jest pomyśleć o tych niewiędnących liściach platanów.

Słowo katedra także łączy nas z ojczyzną Europy – z Grecją. Oznaczało tam siedzibę, legowisko, krzesło, siedzenie, również w anatomicznym sensie – ta boska spójność wizji antyku! – a także bazę kolumny. O ile w starożytności pogańskiej katedra mogła oznaczać siedzenie bezczynne i jałowe, w dobie Nowego Testamentu stała się nazwą siedziska dla nauczyciela (…). Potem krzesło tego, kto uczy, zaczęło oznaczać miejsce, gdzie się naucza i skąd się naucza, a więc w sensie chrześcijańskim – kościół nauczyciela wiary, biskupa. Później, kiedy powstanie i rozwinie się to arcydzieło kultury, jakim był uniwersytet, na wieczną pamiątkę związku kultu z kulturą profesorowie zasiędą także na katedrach. (…)

W jakiejś mierze na katedrze zasiądzie także Europa, nauczycielka ludów, Magistra Europa, (…) W dziejach Europy zawsze ważniejsze było to, co ona znaczyła, niż to, czym była naprawdę. Symbolika Europy poruszyła po II wojnie światowej wyobraźnię mieszkańców kontynentu silniej, niż na to pozwalały realia. Ciągle jeszcze dyskurs o Europie i wokół Europy jest ważniejszy od tego, co dało się w Europie zrealizować. Mówił o niej z uniesieniem de Gaulle i mówi z niezwykłą siłą Jan Paweł II.

Mówiąc o Europie, nie można nie przypomnieć, że jest pośród wielu rzeczy składających się na nią jedno zjawisko, które z niezwykłą siłą odbija jej losy. Tym zjawiskiem jest katedra, podobnie jak Europa zrodzona z pragnienia wielkości i z chęci jednoczenia, nie niwelowania przeciwieństw. W średniowieczu – w owych temps de cathédrale, jak by powiedział Georges Duby – katedry powstawały i stawały się summą znaczeń, syntezą tego, co widzialne i niewidzialne, soczewką skupiającą w sobie niebo i ziemię, sacrum i profanum, wzniosłość i rubaszność, powagę i błazeństwo (…) Był to kościół biskupa i króla lub księcia, boski i cesarski, kościół miejski, ale jaksoczewka odbijający w sobie życie okolicy, wsi, rolników i myśliwych, ich pracę jako „zajęcia miesięcy” – na portalach. Miasto Boga wypełniły symbole odniesione do kosmosu i do człowieka. Znaczenie miały strona lewa i prawa, i strony świata, gdzie południe i wschód oznaczały Chrystusa – „Słońce Sprawiedliwości”, Ducha Świętego i żar wiary, a zachód i północ – Antychrysta, szatana, królestwo ciemności, a także złych ludzi. Brama w północnym transepcie – była to brama śmierci. Rzut odzwierciedlał ciało ludzkie, ciało Chrystusa: prezbiterium odpowiadało głowie, transept – rozkrzyżowanym ramionom, nawy stanowiły korpus, łaciński corpus, ciało. Bryła kamiennych ciosów symbolizowała wspólnotę, a wierni, dopasowani do siebie przez miłość i wzajemną tolerancję, byli „żywymi kamieniami” – homines quadrati, kamieniami ciosanymi. Gdy kolumn było dwanaście, przypominały one apostołów, okna – nauczycieli wiary, kaznodziejów, a serce świątyni – ołtarz– oznaczał samego Zbawiciela, Jego betlejemski żłóbek albo jerozolimski grób.

W katedrze, w obrębie świętego kręgu, jakby powiedział Mircea Eliade, panował święty porządek, kosmos; na zewnątrz był chaos, (…) W średniowieczu Europa była tam, pokąd sięgały katedry. Najdalej na wschód wysunięte prezbiterium katedralne ma Poznań i Gniezno, (…) Z katedry wyszły podstawowe instytucje tworzące kulturę europejską: wspomniany uniwersytet, biblioteka, muzeum, teatr, a nawet parlament, choć w to trudno uwierzyć. (…)

W wieku XVIII katedra przestała być znakiem wyłącznie religijnym i stała się świeckim symbolem kulturowym związanym z historią Europy, poczynając od Wielkiej Rewolucji Francuskiej aż po nasze dni. Wielka Rewolucja Francuska potraktowała katedry jako symbol ancien régime’u – i z jednakową siłą uderzyła w tron i ołtarze. Na fasadzie katedry Nôtre Dame ścięto głowy biblijnym królom (znaleziono je kilkanaście lat temu i obecnie można je oglądać w Muzeum Cluny w Paryżu: na szczęście je zachowano). Ale to nie Rewolucja wymyśliła taką identyfikację sacrum i profanum. (…) Katedra Nôtre Dame była pierwszą, która została w rewolucyjny sposób zlaicyzowana. Tam zainaugurowano kult Rozumu. Był to dzień 10 listopada 1793 roku, kiedy w katedrze ustawiono konstrukcję w kształcie skały, na której wznosiła się budowla przypominająca antyczną świątynię. U podnóża i na zboczach tej góry stały dziewczęta; na widok bogini Rozumu, która wyszła ze świątyni, zaintonowały hymn uwielbienia (…)

Wyostrzona przez XIX wiek świadomość historyczna nakazywała walkę z czasem. W wieku XIX książki i pisarze próbują ratować zagrożone czy skazane na śmierć kamienne katedry, (…) Papierowa wieża Babel starała się ocalić kamienne miasto Boga, (…) Kiedy Marcel Proust pisze 16 sierpnia 1904 roku do „Le Figaro” o „śmierci katedr”, jeszcze przez dziesięć lat katedry europejskie, zwłaszcza francuskie, będą miały smutną szansę powolnego umierania. To nie będzie nigdy nagła, tragiczna śmierć. Ta rozwinie swój sztandar podczas I wojny światowej. W 1916 roku padnie jej ofiarą katedra w Reims i stanie się dla Francuzów takim samym symbolem jak Verdun: Hunowie przeciwko pięknu. (…) Rodzi się nowy obraz: katedra – męczennica, reduta ducha narodowego, broniącego się przed najazdem nowych Hunów. (…) II wojna światowa pomnoży liczbę katedr – męczennic. (…)

Wiktot Hugo pierwszy chyba dostrzegł w katedrze instrument – medium komunikacji społecznej. Katedra jest książką, i to książką z kamienia, i tę książkę z kamienia zlikwidują książki drukowane na papierze. (…) Nowe katedry, nowe wielkie dzieła ludzkości nie będą budowane, będą drukowane. Książka jest tania, powstaje szybko, można ją przesłać daleko. (…) Pod wpływem Wiktora Hugo katedra stała się symbolem należącym do galaktyki Gutenberga, do świata mass mediów. I chciałoby się dodać, że katedra europejska na naszych oczach przebyła drogę, jaką medium komunikacyjne dzieli od środka lokomocji. To przecież Proust, jadąc samochodem, widział, jak zaczynają się przesuwać i poruszać wieże kościołów, a Roland Barthes napisał w 1957 roku w swojej Mythologie, że „współczesnym, dość dokładnym odpowiednikiem katedry średniowiecznej jest samochód”.  Katedra podobnie jak samochód była wielką kreacją epoki; samochód podobnie jak katedra jest dziełem nieznanych twórców, zużywa się nie tylko fizycznie, ale i moralnie, (…) bowiem samochód w krajach bogatych może się zużyć znacznie wcześniej moralnie niż fizycznie – przez fakt, że karoseria staje się niemodna. Podobnie jak katedrą, tak samochodem posługuje się cała ludzkość, która „przyswaja go sobie jako przedmiot najzupełniej magiczny”. (…) Katedra gotycka była przede wszystkim wyrazem postępu technicznego, doszła w niej do głosu arystoteliczna pasja eksperymentowania, znamienna także dla współczesnej nam mentalności technicznej. (…)

Jeżeli stulecie XVIII stworzyło ideę człowieka – maszyny, to znamienną dla wieku XIX stała się fabryka – dom maszyn i budowla – maszyna. (…) Nie było chyba wielkiego rozdźwięku pomiędzy estetyką techniczną a modą neogotycką. Czy to nie w wieku XIX lub nieco później poczęto dostrzegać, że katedra średniowieczna od zewnątrz, dzięki systemowi przypór i łuków oporowych, była podobna do statku stojącego w doku? Jako to „stałe rusztowanie” kojarzy się dziś bardziej z widokiem rakiety kosmicznej utrzymywanej przez stalowe ramiona w pionie do chwili startu. Czy ten rodzaj estetyki nie rzuca pomostu między katedrą średniowieczną a, powiedzmy, tą rafinerią kultury, jaką jest paryskie Centre Pompidou?

Dotykamu tu kolejnego zagadnienia. Katedra europejska w wielu krajach przebyła drogę od kultu do kultury – w tym sensie, że stała się w gruncie rzeczy obiektem kultury. (…) Sam kler czynił ją często domem kultury; odbywały się w niej koncerty, przedstawienia, projekcje filmowe, wystawy, programy audiowizualne. Jej funkcje zbliżyły się najwyraźniej do funkcji muzeum. Przynajmniej, a często też niestety, podczas (pełnienia) funkcji religijnych ta analogia między katedrą a muzeum nasuwa podejrzenie, jakoby katedra miała się stać jakimś skansenem religijności. (…)

Nôtre Dame w Paryżu w jednym tylko dniu 1 maja 1987 roku zwiedziło pięćdziesiąt tysięcy osób. Dodajmy dla wyjaśnienia, że tego dnia muzea były zamknięte i że w katedrze nie trzeba płacić za wstęp. Czy katedra – obiekt turystyczny – nie jest ostatnim wcieleniem katedry? Czy nie stała się ona obiektem kultury masowej, jednym z wielu, symbolem łatwej i szybkiej konsumpcji przelotnych wrażeń? Czy jednak nie dochodzi tu do głosu nostalgia, ta romantyczna Muza naszego twardego stulecia? Czy nie idzie tu o coś ważniejszego, o rozpaczliwe szukanie nie tyle może korzeni, co fundamentu? Niezwykle ważnym świadectwem z dziedziny takiej turystyki metafizycznej (…) jest scena z powieści Inny kraj zmarłego niedawno Jamesa Baldwina, która pierwotnie ukazała się w 1960 czy 1962 roku. Katedra w Chartres, jaką oglądają Eryk i Yves, miażdży miasto, nie można uniknąć jej „pełnej okrucieństwa i wdzięku dogmatycznej i pogańskiej obecności”. Dla Baldwina, murzyńskiego pisarza amerykańskiego, katedra jest dziełem antynomicznym. Budzi przeżycie (…) grozy i fascynacji. Jest to symbol syntetyzujący wszelką energię miasta i otaczającego je świata, wysysający z nich siłę. Jest to w gruncie rzeczy katedra – alienacja, jak dla Feuerbacha alienacją była religia. „Katedra zdawała się pochłaniać całe piękno miasta, energię sąsiednich równin, siłę i godność ludności, jak gdyby domagała się krwawych ofiar i ofiary takie otrzymywała. Górowała nad miastem niby dopust Boży, nie błogosławieństwo, a w porównaniu z nią wszystko inne sprawiało wrażenie fałszerstwa i niedostatku”.

Katedra jest więc prawdziwa i ostateczna. (…) Staje się symbolem historii „jak Bóg wszechobecnej”. Chartres zostało skazane na swoją historię i na swoją katedrę, która jak Niebiańskie Jeruzalem zstępuje na nie w kształcie „nieuchronnego wyroku”. Czyżbyśmy byli tu świadkami powrotu znaczeń religijnych do katedr zlaicyzowanych przez turystykę? (…) Saint-Exupéry przewidywał tę masową turystykę skierowaną do katedr  i pisał, że ludzie szukają w nich spichrzów dla duszy i serca. I tu dochodzimy do ostatniego symbolicznego znaczenia katedry, mianowicie – projektu przyszłości. Stworzył go Saint-Exupéry w swojej Cytadeli, pisanej do ostatnich dni heroicznego życia. Jego przyszły świat jest równocześnie nawą, okrętem – i świątynią, katedrą. Jak w średniowieczu, jest ona dziełem wielu ludzi wzniesionym z różnorodnych elementów i jej wieloraka jedność jest lekcją pluralizmu, szacunku dla odmienności. Człowiek powinien tu znaleźć zaspokojenie potrzeb materialnych i swego pragnienia szczęścia, a także tęsknot transcendentalnych.

Katedra Europa. Wynurzywszy się z romantycznych mgieł XIX wieku jak okręt – widmo, katedra średniowieczna zolbrzymiała w katedrę – nostalgię, w katedrę – ideał, w katedrę – utopię. Czym wytłumaczyć fakt, że my, Polacy, po przejściu przez wodę i ogień II wojny światowej zapragnęliśmy stworzyć swoją nową przyszłość, regotyzując czy budując  na nowo po gotycku katedry w Warszawie, Gnieźnie i Poznaniu – jak nie pragnieniem podkreślenia naszej europejskiej przynależności?  Czymże innym jest, jak nie marzeniem, utopią i projektem, rekonstruowana współcześnie z niemałym wysiłkiem, na wzór średniowiecznego pluralistycznego uniwersum –  Europa? Europa, nie zapominajmy, zawsze była konstrukcją, ideałem zbyt wysokim, jak chór katedry w Beauvais – budowlą niemożliwą. Myśląc o wzniesieniu katedry w Sewilli, miejscowi kanonicy postanowili w roku 1401: „Zbudujemy kościół tak wielki, by ci, co go zobaczą, wzięli nas za wariatów”. Ta katedra powstała – i jest cudowna.

Otóż Europa jest takim trudnym dziełem kultury. Naturalnie istnieje tylko Euroazja. Europa nie jest wyodrębniona w sposób naturalny z Azji. Jej granice od wschodu wyznacza kultura, nie mówimy tego z pozycji zarozumiałego i ostatnio upokorzonego europocentryzmu. Nie mówimy tego przeciwko Azji. Przez wzmocnienie naszej europejskiej tożsamości pragniemy tylko tego, żeby świat był bogatszy o to jedno i może – przynajmniej dla nas – najważniejsze doświadczenie. Europa nigdy nie była monolitem. Jej struktura często okazywała się krucha. Okazała się raz jeszcze w dobie największych tęsknot – (przykładem) Jugosławia. Trzeba było zawsze Europę budować i tworzyć, i zapewniać jej ciągłość. Europejczycy nigdy nie schodzili z rusztowań, nigdy nie mogła stanąć, zatrzymać się fabryka – Europa. I taka jest Europa do dziś: różnorodna aż do niekształtności. To ją opisywał Wiktor Hugo, pisząc o katedrze: nigdy nie ukończona, dziedziczona i zadawana jak najtrudniejsza lekcja nowym pokoleniom, pełna odrębności aż do niepodobieństwa, pomimo murów i drutów kolczastych naszego stulecia – zawsze jakoś jedna.

 

Jerzy Górzański

3 grudnia 2010 roku

Słowo wstępne na zakończenie spotkania w maju 2010 roku z okazji 50-lecia twórczości.

Organizator – SPP.

*

Zacznę mój wstęp na zakończenie od powiedzenia Phila Bosmansa:

 - zasługuje na wejście do raju ten, kto rozwesela swoich towarzyszy.

No to co, towarzysze? Rozweselamy?

(okrzyki i oklaski)

Ale i trochę zasmucamy.

Melancholio, piąta poro roku…

To autocytat.

Z wiersza.

*

Postanowiłem, jako mniejszość w większości, sprawować władzę poetycką, samozwańczo, poprzez zarządzanie jubileuszami.

Odbyło się już niedawno 70-lecie moich urodzin.

Dziś obchodzę 50-lecie twórczości. Niektórzy twierdzą, że to przesada, ponieważ w 70-leciu życia mieści się doskonale 50-lecie pracy twórczej.

Jako siedemdziesięciolatek współczuję tylko temu trzydziestopięciolatkowi siedzącemu we mnie, który pyta: „Co się stało?” (coś podobnego powiedziała Ann Landers).

I nie ustanę w wysiłku. W przygotowaniu:

50-lecie poboru do wojska.

50-lecie kawalerstwa – to znaczy początku kawalerstwa, bo wiadomo czym się ono skończyło.

50-kilkuletnia rocznica wystąpienia w pierwszym meczu fudbolowym na boisku otwartym.

10-lecie przymusowej abstynencji, jeśli chodzi o alkohole ciężkie.

30-lecie debiutu radiowego w charakterze autora słuchowisk.

I tak dalej.

*

Tomasz Mościcki pisze w swojej kronikarskiej książce „Teatry Warszawy 1939”:

 - Wystawiona w grudniu 1038 roku „Maskarada” Jarosława Iwaszkiewicza, sztuka o tragicznym losie Aleksandra Puszkina, wyreżyserowana przez Edmunda Wiercińskiego, była jednym z najważniejszych wydarzeń sezonu, a także pozycją bijącą frekwencyjne rekordy.

Otóż urodziłem się 3 grudnia 1938 roku. Przed premierą „Masakry”, czy po premierze? A może w trakcie przedstawienia? To przedstawienie trwa do dziś, czyli niemal 72 lata. W tym 50 lat zdziwienia (człowieka urodzonego przed wojną, który przeżył wojnę, po wojnie  i teraz przeżywa mediokrację),  zdziwienia, że występuję świadomie w tej „Masakrze”, a może tylko próbuję ją opisać.

*

Teraz nie mówi się: starość, zastąpiła ją „późna dojrzałość”.

Coraz rzadziej słyszę piękne słowo: dojrzałość.

Podobno na poznańskim Starym Rynku, na murze, ktoś napisał:

- Dlaczego starzy są tacy nudni?

- Bo na to pracowali przez całe życie.

Ktoś niżej napisał:

- Świat należy do młodzieży, stary robi, młody leży.

Uwielbiam dzisiejsze hasła, zawołania… Jak to, na przykład, emeryckie:

 - Popieramy banki czynem, umieramy przed terminem.

Albo ta dwujęzyczna wywieszka na wystawie warzywniaka:

„Wyprzedaż pietruszki”. A niżej: „Sale!”. Z wykrzyknikiem.

W reklamie telewizyjnej mówi się coś o wolności wyrażania siebie. Zapomniano dodać, ku przestrodze, że wolność wyrażania siebie może przemienić się w wolność wyrażania pustki.

Znacie to niezwykłe powiedzenie XVII-wiecznego filologa Estiénne’a?

Nie znacie?

To posłuchajcie:

„Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła”.

A tak naprawdę, to te wszystkie napisy i powiedzenie znalazłem w książce Krzysztofa Kwaśniewskiego pt. „Smutek anegdot”.

*

Nigdy nie byłem, jako dziecko , wedle dzisiejszych standardów, przebodźcowany. Radioodbiorniki: bakelitowy marki „Pionier”, później „Aga” z magicznym okiem, chleb ze smalcem, a pod choinkę drewniany ptak z kulkami. Być może dlatego dziś brzmi mi swojsko hasło „My biedni Polacy nie znamy pojęcia bogacenia się za wszelką cenę”.

Chociaż uważam, że najbardziej chodliwym towarem jest telewizor. Głuchy jak pień – nie słyszy, co do niego mówię.

Moja ulubiona Marie von Ebner-Eschenbach, XIX-wieczna sawantka, mawiała:

- Kto nic nie wie, musi we wszystko wierzyć.

Dlatego właśnie dziś telewizor, dla zdecydowanej większości, jest źródłem wiary jedynej i jedynej wiedzy.

*

W młodości nie ma refleksji, są intuicje, instynkty, chęć podobania się. Starość (przepraszam – „późna dorosłość”) to nieustający komentarz, komentowanie, mądrzenie się… i cierpienie.

Nie jest to cierpienie poety żyjącego w niedostatku ani cierpienie za ludzkość, tylko cierpienie wynikające z niedopatrzenia natury. Poeta nie ma zmarszczek, ale za to musi się wypłacić niezrozumiałym cierpiętnictwem.

Pięćdziesiąt lat pisania o czymś, o czym się nie wie.

Powtórzę raz jeszcze: człowiek cierpi, bo nie wie.

Ja tego zdania nie wymyśliłem.

Często ukrywam się za zdaniami innych – nie ze snobizmu, czy próżności, ale dlatego, że inni sformułowali te zdania lepiej niż ja bym sformułował.

Zawsze jednak chodzi o mnie.

Niektórzy mają mi za złe, że to moje ja bywa ważniejsze niż wszystkie ty, wy, czy my albo oni.

A przecież jestem bohaterem zdań, które napisano przede mną.

Także zdań, które jeszcze nie zostały napisane.

Są zdania, które odrzucam.

I zdania, z którymi się utożsamiam.

Natomiast moje zdania nigdy nie tracą kontaktu z rzeczywistością – wymyśloną lub prawdziwą.

Mimo wszystko wciąż nie wiem i cierpię w sposób niezrozumiały, ukryty w kulisie przedstawienia pt. „Maskarada”, pomiędzy absurdem a fikcją.

Jak w tym rosyjskim dowcipie.

Doktor do pacjęta:

- Co panu dolega?

- Panie doktorze, boli mnie wątroba.

- A wodę kolońską pan pije?

- Owszem, nawet sporo, ale nic mi nie pomaga.

*

Mówią o mnie, niby żartobliwie „wszechstronny dyletant” albo „obdarzony inteligencją werbalną”, albo, już serio acz pobłażliwie, „niezły poeta, który to, co napisze, poddaje natychmiastowej destrukcji”.

Mówią też, że w wierszach zbyt ostentacyjnie „pilnuję umarłych”. Mam powód. Ja ich odprowadzam do drzwi, bo nie wiem co dalej. Niektórzy byli świetnymi czytelnikami moich wierszy (jeden z nich przed śmiercią powiedział mi: „Szkoda twoich wierszy. Idź do klasztoru”.) Straciłem kumpli, przyjaciół, straciłem rzecz bezcenną: ich wrażliwość.

Piszę teraz, jak przystało na niezłego poetę, raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Nie stosuję w celach dopingowych erytropoetyny zewnątrzpochodnej ani EPO. Najbardziej twórczy jestem wtedy, gdy się złoszczę na świat.

Wreszcie kwestia zasadnicza.

Moje dwa przesłania z młodości poetyckiej, niejako fundamentalne.

Pierwsze – „spadł śnieg i przykrył wszelkie zło”.

Drugie – „jak żyć lepiej i nie krzywdzić innych”, niestety, nie sprawdziły się.

Nie będę rozwijał tych przesłań.

Mój plan poetycki z młodości, tak jak jego bojowe i szturmowe otoczenie, okazały się utopią.

Reszta jest milczeniem, jak powiedział Grzegorz Turnau. Nie pomyliłem się. To nie jest cytat z Szekspira. To jest cytat z telewizji.

No i zawsze trzeba pamiętać o haitańskim porzekadle:

- Pakuj się, bo zanim zrobi się lepiej, będzie jeszcze gorzej.

 

Inauguracja Zjazdu

 2.VII.1958, Warszawa

Jan Parandowski, Polska

Patrzę na to zgromadzenie z dumą, gdyż widzę w nim uwieńczenie wysiłków podejmowanych przez Penclub Polski w obronie i ku chwale szlachetnego zawodu tłumacza. Przed trzydziestu już laty ustanowiliśmy dwie coroczne nagrody za przekłady: jedną dla obcokrajowców zajmujących się naszą literaturą, drugą – dla Polaków, którzy się szczególnie odznaczyli w dziedzinie przekładów literackich. W Biuletynie informacyjnym, którego pierwszy numer właśnie się ukazał pod redakcją Michała Rusinka, znajdą Państwo listę naszych laureatów – z niejednym głośnym nazwiskiem. Początkowo pomysł nasz wywołał zdziwienie: pamiętam dzień, w którym książki naszego przyjaciela Paul Cazin pojawiły się w opasce reklamowej: nagroda Penclubu Polskiego. Napis ten wrył się mocno w pamięć francuskich literatów i wydawców i niewątpliwie nasz przykład zaważył w tym, że w innych krajach zdecydowano się na ogłaszanie i udzielanie dorocznych nagród za przekłady. W Federacji Penclubów długośmy pozostawali osamotnieni. Przypominam sobie dyskusje wzniecone przez nas na kongresach w Edynburgu i w Buenos Aires, gdzie po zreferowaniu działalności naszej sekcji tłumaczów wystąpiliśmy z wnioskiem utworzenia podobnych sekcji lub komisji w innych ośrodkach – w celu wspomagania dobrych tłumaczów w ich pracy oraz czuwania nad poziomem przekładów, bądź nawet tępienia lichoty. Nasze stanowisko wywołało niejakie zdziwienie, co nas zaskoczyło. Okazało się, że pisarze angielscy, amerykańscy, francuscy zgoła nie przejmują się tym, jak są tłumaczeni na inne języki – w przeświadczeniu, iż zarówno ich klasycy jak ich autorzy współcześni mogą sobie zapewnić szacunek i rozgłos wymową tekstów oryginalnych, czytanych na całym świecie. Ze zdumieniem stwierdziliśmy, że nie można bynajmniej liczyć na ogólną aprobatę inicjując akcję, która nam się wydawała potrzebna i pilna. Sprzymierzeńców znaleźliśmy w obozie narodów podobnie jak nasz pozbawionych języka o zasięgu światowym. Na szczęście wszystko to należy już do przeszłości.

Obecność na tym zjeździe znacznej liczby pisarzy jest najlepszym dowodem, że pisarze nie uważają już tłumaczów za przynależnych do niższej kategorii literackich producentów lecz za towarzyszów w tej samej sztuce słowa, z których najwybitniejsi wkładają w swoją pracę te same elementy twórcze – inwencję, subtelność, wyobraźnię, smak, wirtuozowstwo  –  i stają się prawdziwymi artystami słowa, zdolnymi przeniknąć wszystkie tak osobliwe, tak urzekające tajemnice kunsztu pisarskiego. Co jednak łączy nas jeszcze ściślej – to to, że sami pisarze nieraz odkładają na bok własną pracę, aby poświęcić się tłumaczeniu utworu, który ich zachwycił. Każda literatura z duma cytuje fakty owych opatrznościowych spotkań: Gérard de Nerval i Goethe, Baudelaire i Poe, Mickiewicz i Byron, Słowacki i Calderon – i wzorując się na tych sławnych przykładach pisarze dzisiejsi podejmują tłumaczenie klasyków albo swoich współcześników z tą sama rzetelnością, z jaką uprawiają własna twórczość. Nawet tu, na tej Sali widzimy niemało pisarzy, którzy swą rodzimą literaturę obdarzyli nie tylko dziełami własnej inwencji, lecz również przekładami obcojęzycznych arcydzieł – i którzy się tym szczycą.

W uroczym języku włoskim ukuto okrutne powiedzonko: traduttoretraditore; powtarza się je często w odniesieniu do kiepskich przekładów, szermują nim wydawcy, traktując tłumaczów jako w prostej linii potomków Judasza i przeto opłacając ich judaszowymi srebrnikami tzn. bardzo marnie; i ludzie skłonni są zapomnieć, iż tłumacz jest przede wszystkim wiernym sojusznikiem autora. Bez niego nawet największy pisarz pozostaje poza granicami własnego kraju nieznany, dzięki jego pomocy wyrusza na podbój dusz, któreby się nie nie były znalazły w jego zasięgu. Ogłaszany przez UNESCO Index Translationum pozwala nam śledzić cyrkulację autorów i dzieł po całym świecie, obserwować ze wzruszeniem niesamowite koleje niektórych zjawisk literackich. A te grube tomy Indeksu, gdzie się zapuszczamy jak w dziewiczy las, głoszą pochwałę tłumacza, który zbliża wzajem najbardziej oddalone kraje, wprowadzając do nich myśl, wizję świata nasyconą przeszłością, tradycją i pewnym stanem życiowym odmiennym i przez samą tę odmienność zdolnym zapładniać, użyźniać życie duchowe obcego narodu. Dzieje literatury wskazują nam, jak często odnowę jakiegoś piśmiennictwa narodowego wywoływał bodziec zewnętrzny –  w postaci wpływu zagranicy – i każda literatura, nawet najbogatsza, jeśli żyje w atmosferze obojętności względem myśli i form, jakich sama nie wytworzyła, narażona jest na sklerozę i jedynie nagłe wtargnięcie cudzoziemskiego ducha przywraca jej siły i świeżość.

Ileż tworów piękna rozproszonego po świecie oczekuje chwili, gdy skupiona praca tłumaczów umożliwi im kiedyś zjawienie się, aby nas urzekać! I sama ta praca – jakże jest piękna! Pochylić się nad dziełem innego człowieka, innej epoki, innego narodu, nasiąknąć całkowicie cudzą myślą, a potem kroczyć własną drogą wśród słów i zwrotów ukształtowanych przez inne prawa, inne obyczaje, inne wierzenia, niesionych prądem innego zestroju dźwięków – to cudowna, porywająca przygoda! Długie uskrzydlone chwile upływają na dobieraniu rytmu, kadencji frazy, na powzięciu decyzji: że oto spośród dziesięciu różnych synonimów wybierzemy właśnie ten, który ów odruch obcej duszy uczyni zrozumiałym nie odbierając mu jego odrębności, i natchnie go mocą do nowego życia w nowym środowisku!

Tłumacz osiąga szczyt swej godności, kiedy ma świadomość swojej misji pośrednika w obiegu dóbr kulturalnych, których wymiana dokonywa się ustawicznie poprzez stulecia i ludy, kiedy ma poczucie swej doniosłości w życiu intelektualnym, kiedy jest ożywiony tym samym zapałem co autor, kiedy nim powoduje przekonanie, że pracuje nad czymś niezniszczalnym, czymś co zasługuje na szacunek i chwałę.

Przez to, co tu wypowiedziałem, wkroczyłem momo woli na właściwy teren naszych obrad, które rozpoczną się jutro. Tematem pierwszego posiedzenia będzie rola tłumacza literackiego we współczesnej kulturze i w zbliżeniu między narodami. Jest to zagadnienie rozległe i kapitalnej doniosłości, gdyż jego przedmiot stanowi owo przymierze serc i umysłów, ku któremu zmierzają dążenia naszej epoki. Następnie zajmiemy się sprawami sztuki i teorii przekładu. W sprawach tych mamy niejakie doświadczenie, ponieważ Penclub Polski zorganizował w latach 1950–1953 trzy cykle odczytów, na których wybitni uczeni, pisarze i tłumacze przedstawili najróżniejsze aspekty sztuki tłumaczenia, a prelekcje te, zebrane i ogłoszone drukiem, zostały uznane za książkę jedyną w swoim rodzaju. Każdy z naszych zagranicznych kolegów otrzyma jej egzemplarz. Ale dyskusja nad tymi zagadnieniami pozostaje otwarta. Czasopismo „Babel”, organ F.I.T. często się nimi zajmuje i spodziewam się, że nasz zjazd wniesie do tej dyskusji nowe elementy. Czekają nas i inne sprawy – te, co dotyczą zawodu tłumacza, z owym punktem newralgicznym, nieraz tak bolesnym, jaki stanowi wynagrodzenie za pracę tłumacza – wynagrodzenie będące nazbyt często wręcz wyzyskiem. Wreszcie przystąpimy do arcyważnego zagadnienia: środków wzmożenia międzynarodowej wymiany literackiej. Nasze piśmiennictwo jest wciąż niedocenione, nigdy nie zdołano stworzyć tego automatycznego prądu zainteresowania, który innym literaturom zapewnia los tak godny pozazdroszczenia. Każdy polski pisarz musi sam sobie zdobywać – i z jakim mozołem! – miejsce zagranicą. Mam nadzieję, że pomówimy o tym nie tylko na naszych zebraniach roboczych, lecz także w spotkaniach osobistych podczas wolnych chwil rekreacyjnych. Tak, macie słuszność: rekreacja – to wyraz dwuznaczny. Rekreacja okazuje się niekiedy ciężkim trudem, nasze kongresy Penclubów często dawały tak uderzające tego przykłady, że zdarzało mi się z odrobiną melancholii cytować powiedzenie lorda Palmerstona: „Life would be supportable without its pleasures”. Ale nie trzeba narzekać, te ofiary zawsze się opłacają, każde bowiem międzynarodowe spotkanie tej skali daje sposoboność do nawiązywania kontaktów osobistych, stwarza klimat przyjaźni i braterstwa, który użyźnia życie duchowe naszej epoki.

Kończąc wyrażam życzenie: niechaj Pierwszy Międzynarodowy Zjazd Tłumaczów Literatury Pięknej otworzy nowy rozdział w międzynarodowych stosunkach kulturalnych, powołując pracowników słowa do służby kulturze człowieczeństwa – jednej i wspólnej.

List Rosyjskiego PEN Clubu do Polskiego PEN Clubu

[21 kwietnia 2005]

Szanowni Koledzy!

Nader zaskakujące, a dotyczące stosunków rosyjsko-polskich niedawne wypowiedzi sporej grupy działaczy państwowych naszego kraju  od razu dodały goryczy i konsternacji do nagromadzonych w ciągu wieków uraz i błędów.

I to dziś, kiedy czas i dobra wola z wolna goją dawne rany i wygładzają dawne blizny. Dziś, kiedy zbliża się rocznica zakończenia II wojny światowej, jasny jubileusz końca naszego wspólnego nieszczęścia.

Żeby uporać się z nieludzkim, butnym wrogiem, nasze kraje przeżyły, wydawałoby się, rzeczy niemożliwe. Nie powróciły do domu miliony żołnierzy. O tym nie zapominamy. Nie zapominamy Oświęcimia, Majdanka i Treblinki. Źródłem nieukojonego bólu była i pozostanie zbrodnia katyńska. Nasi męczennicy i bohaterowie jak dawniej walczą w powstaniu w Warszawskim Getcie i w Powstaniu Warszawskim. Płoną wsie i miasta. Płonie ścierana z oblicza ziemi Warszawa. Sześć lat grozy na Waszej ziemi i cztery lata na naszej – dziwną jest rzeczą pomyśleć, że początek temu koszmarowi dał w praktyce potworny pakt Ribbentrop – Mołotow!

Zwyciężyliśmy jednak – my i Wy. Udało się nam mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Wiemy i nie zapominamy o tym.

Ostatni rok był dla Was czasem niepowetowanych strat. Odeszli najszlachetniejsi synowie Polski: bojownik o wolność, człowiek nieposzlakowanego honoru – Jacek Kuroń; natchniony Laureat Nagrody Nobla – Czesław Miłosz i ojciec duchowy milionów ludzi – Karol Wojtyła, arcykapłan rzymski Jan Paweł II.

Również my chylimy głowy nad ich grobem, a wraz z nami wielu, bardzo wielu naszych współobywateli. Wzór tych szlachetnych, wielkich osobowości również nam, wraz z Wami, nie pozwala zapomnieć o swojej odpowiedzialności za prawdę, za uczciwą ocenę przeszłości i rozumne podejście do teraźniejszości.

Tylko w takim wypadku naszym krajom sądzona będzie godność i wielkość

Zarząd Rosyjskiego PEN Clubu

List Rosyjskiego PEN Clubu do Polskiego PEN Clubu

[21 kwietnia 2005]

Szanowni Koledzy!

Nader zaskakujące, a dotyczące stosunków rosyjsko-polskich niedawne wypowiedzi sporej grupy działaczy państwowych naszego kraju  od razu dodały goryczy i konsternacji do nagromadzonych w ciągu wieków uraz i błędów.

I to dziś, kiedy czas i dobra wola z wolna goją dawne rany i wygładzają dawne blizny. Dziś, kiedy zbliża się rocznica zakończenia II wojny światowej, jasny jubileusz końca naszego wspólnego nieszczęścia.

Żeby uporać się z nieludzkim, butnym wrogiem, nasze kraje przeżyły, wydawałoby się, rzeczy niemożliwe. Nie powróciły do domu miliony żołnierzy. O tym nie zapominamy. Nie zapominamy Oświęcimia, Majdanka i Treblinki. Źródłem nieukojonego bólu była i pozostanie zbrodnia katyńska. Nasi męczennicy i bohaterowie jak dawniej walczą w powstaniu w Warszawskim Getcie i w Powstaniu Warszawskim. Płoną wsie i miasta. Płonie ścierana z oblicza ziemi Warszawa. Sześć lat grozy na Waszej ziemi i cztery lata na naszej – dziwną jest rzeczą pomyśleć, że początek temu koszmarowi dał w praktyce potworny pakt Ribbentrop – Mołotow!

Zwyciężyliśmy jednak – my i Wy. Udało się nam mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Wiemy i nie zapominamy o tym.

Ostatni rok był dla Was czasem niepowetowanych strat. Odeszli najszlachetniejsi synowie Polski: bojownik o wolność, człowiek nieposzlakowanego honoru – Jacek Kuroń; natchniony Laureat Nagrody Nobla – Czesław Miłosz i ojciec duchowy milionów ludzi – Karol Wojtyła, arcykapłan rzymski Jan Paweł II.

Również my chylimy głowy nad ich grobem, a wraz z nami wielu, bardzo wielu naszych współobywateli. Wzór tych szlachetnych, wielkich osobowości również nam, wraz z Wami, nie pozwala zapomnieć o swojej odpowiedzialności za prawdę, za uczciwą ocenę przeszłości i rozumne podejście do teraźniejszości.

Tylko w takim wypadku naszym krajom sądzona będzie godność i wielkość

Zarząd Rosyjskiego PEN Clubu

List Rosyjskiego PEN Clubu do Polskiego PEN Clubu

[21 kwietnia 2005]

Szanowni Koledzy!

Nader zaskakujące, a dotyczące stosunków rosyjsko-polskich niedawne wypowiedzi sporej grupy działaczy państwowych naszego kraju  od razu dodały goryczy i konsternacji do nagromadzonych w ciągu wieków uraz i błędów.

I to dziś, kiedy czas i dobra wola z wolna goją dawne rany i wygładzają dawne blizny. Dziś, kiedy zbliża się rocznica zakończenia II wojny światowej, jasny jubileusz końca naszego wspólnego nieszczęścia.

Żeby uporać się z nieludzkim, butnym wrogiem, nasze kraje przeżyły, wydawałoby się, rzeczy niemożliwe. Nie powróciły do domu miliony żołnierzy. O tym nie zapominamy. Nie zapominamy Oświęcimia, Majdanka i Treblinki. Źródłem nieukojonego bólu była i pozostanie zbrodnia katyńska. Nasi męczennicy i bohaterowie jak dawniej walczą w powstaniu w Warszawskim Getcie i w Powstaniu Warszawskim. Płoną wsie i miasta. Płonie ścierana z oblicza ziemi Warszawa. Sześć lat grozy na Waszej ziemi i cztery lata na naszej – dziwną jest rzeczą pomyśleć, że początek temu koszmarowi dał w praktyce potworny pakt Ribbentrop – Mołotow!

Zwyciężyliśmy jednak – my i Wy. Udało się nam mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Wiemy i nie zapominamy o tym.

Ostatni rok był dla Was czasem niepowetowanych strat. Odeszli najszlachetniejsi synowie Polski: bojownik o wolność, człowiek nieposzlakowanego honoru – Jacek Kuroń; natchniony Laureat Nagrody Nobla – Czesław Miłosz i ojciec duchowy milionów ludzi – Karol Wojtyła, arcykapłan rzymski Jan Paweł II.

Również my chylimy głowy nad ich grobem, a wraz z nami wielu, bardzo wielu naszych współobywateli. Wzór tych szlachetnych, wielkich osobowości również nam, wraz z Wami, nie pozwala zapomnieć o swojej odpowiedzialności za prawdę, za uczciwą ocenę przeszłości i rozumne podejście do teraźniejszości.

Tylko w takim wypadku naszym krajom sądzona będzie godność i wielkość

Zarząd Rosyjskiego PEN Clubu

Odpowiedź Polskiego PEN Clubu na list z 21.04.2005

Drodzy Przyjaciele!

Dziękujemy Wam za Wasz list i słowa –jakże potrzebne dziś, w niewesołej epoce politycznych stosunków rosyjsko-polskich. Czekaliśmy na te słowa, pewni, że je usłyszymy. Dziękujemy Wam za cześć, którą oddajecie trzem zmarłym ostatnio wielkim Polakom – bojownikowi o wolność, poecie i duszpasterzowi milionów.

Waszymi ustami przemówiła do nas Rosja tysięcy ludzi przyzwoitych i uczciwych. Nie zwraca się do nas mową czarnego PR-u, propagandowych kłamstw i prowokacyjnych obelg. Jej narodową tradycją nie były i nie są zbrodnie tyranów i oprawców, diabelskie pakty Ribbentropów i Mołotowów, katyńskie doły i święte eremy obrócone w łagry – miejsca Waszego i naszego męczeństwa. To kraj trudnej walki o godność życia, o prawdę i wolność  słowa: w imię naszych wspólnych ideałów Rosyjski PEN Club położył w tej walce niemałe zasługi.

Zbliża się 9 maja – od trzech pokoleń dzień święty dla wielu rosyjskich rodzin. Prochy ich synów spoczywają i w polskiej ziemi. To nie tylko żołnierskie groby, to także spuścizna ludobójstwa: rozsiane popioły sowieckich jeńców, zagłodzonych na śmierć za drutami hitlerowskich obozów. Niech nam i Wam  towarzyszą w tym dniu słowa polskich poetów: przestroga Zbigniewa Herberta przed pochopnym przebaczaniem „w imieniu tych, których zgładzono o świcie” i wstrząsający wiersz Wisławy Szymborskiej o głodowym obozie pod Jasłem. Niech w naszej pamięci „historia nie zaokrągla szkieletów do zera”.

Zarząd Polskiego PEN Clubu